Gościu, rzuć tu kości

Luźne przemyślenia
W tym rzecz! Moulin robi wielki róż.

Czytadła
Dorotka, co ładnie notki tka
Jakieś Ale?
El Duce

Moje, moje. moje!
Ryki z Limy

  Pieszy się nie cieszy, pieszy się nie pieści 2009-10-16 14:14:43


Wczoraj był najwyraźniej Dzień Globalnego Eksperymentu Ekskrementalnego. Najpierw jakis kreatywny kierowca postanowił ochlapać wszystkich pieszych czekających na zmianę świateł przy skrzyżowaniu Racłowickiej z Wołosko, w tym mnie. Uskoczyłam gibko chyżo w tył, co pozwoliło mi uniknąć większych plam na froncie, ale za to wylądowałam centralnie w promieniście rozchodzącym się pawiu.
Nic to. Wieczorem wracałam na przełaj łączką należącą do Centrum Onkologii. Wicie, naprzeciwko mojego bloku jest 1) Hotel Centrum Onkologii, 2)Miedza, 3)Centrum Onkologii. Miedza miała być jakiś czas temu zagospodarowana przez naszą wspólnotę mieszkańców pod kątem budowy jakiegoś przyzwoitego placyku zabaw dla lokalnych bachorów, ale władze nie pozwolily i skutkiem tego miedza stoi sobie saute. Szłam więc wczoraj tą miedzą saute, trzęsąc się z zimna (mimo wypitych grzańców i niezłego filmu obejrzanego przypadkiem w kinie) i marząc (marznąc) o tym, żeby jak najszybciej ukrócić swoje męki. Dotarłam jakoś do domu (czy mówiłam o tym, że zaszczytne miejsce Debila z Psami zajął Debil z Psem, który na mój widok szybko wysrywa psa i pędzi do klatki, aby przypadkiem nie spotkać mnie w drzwiach?) i z ulgą ściągnęłam kozaki, tylko po to, aby stanąć oko w oko, czy raczej oko w nos, z przykrym faktem, że do mojej podeszwy, mojej podeszwuni nowych butów przykleiło się Naprawdę Wielkie Gówno.
I teraz tak: są różne tonaże i gabaryty gówienek, które napotykamy na swojej drodze. Każde z nich stanowi jednaki, przykry i kłopotliwy do usunięcia problem. Jednakowoż to, co przywarło do mojego kozaka nie mieści się w ramach zwykłej definicji gówna, tylko je radośnie rozsadza. Usuwanie NWG konsumuje za dużo czasu w stosunku do wieczności, więc żywię szczerą nadzieję, że szybko spotka mnie Naprawdę Wielkie Szczęście.
Wnioski? Powiedzieć, że miałam gówniany dzień byłoby zbytnią oczywistością. Poza tym wydarzyło się dużo miłych rzeczy. Na przykład przez cały dzień wszyscy w pracy milczeli, więc zarobiliśmy nic nie robiąc sporo Geldu, a i atmosfera na tym zyskała. Jak tu narzekać?

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Od ostatniego wpisu wydarzyło się wiele dziwnych rzeczy, na przykład miesiąc temu zmieniłam swój status i stałam się związkowcem, w dodatku w okolicznościach potocznie określanych jako "absurdalne". W momentach, kiedy nie przybieram zdziwionej miny gwiazdy kina niemego, chichoczę w rękaw. Patrząc jednak z perspektywy ostatnich miesięcy lepsze to, niż w rękaw szlochanie. I tym pozytywnym akcentem... brytyjskim akcentem...no.



skomentuj (0)



Śnięty Minotaur 2009-07-14 13:28:03


Śniło mi się, że w moim pokoju jest Minotaur. Kiedy próbowałam wejść do środka (wyposażona w wałek kuchenny, pistolet gazowy oraz maczetę), okazało się, że zwiał, a na podłodze został dywan z narysowanym na nim labiryntem.

Freud: hmm....eee.... tego.....  nie jeść przed snem strucli, kanapek z łososiem, precelków, chipsów oraz arbuza. I nie popijać winem, o.



skomentuj (1)



Czerwiec wnerwiec 2009-06-13 23:30:02


W myśl zasady: " a woman must have money and room of her own if she is to write fiction" uprzątnęłam biureczko [zamaszystym ruchem zrzucając z niego książki, notatki oraz pokaźną kolekcję nikomu niepotrzebnych długopisów], wyciągnęłam szufladę, [zamaszystym ruchem wywalając na podłogę całą zawartość: od kogucików na druciku po stare faktury, w dodatku bardzo nie moje] i, śródy tego pobojowiska, pozwięłam trudną decyzję powrotu do pisania magisterki. Przy tym moim zegnijkark biurkiem. Na skrzywsięesowato krzesełku. W świetle wieleniedajęaleładniezdobię lampy.
Virginia powinna dodać jeszcze, że kobieta must wenę mieć, bo ani biureczko, ani stała praca nie zapładniają jakoś mojej wyobraźni. Może nie mają czego?

Ostatnie tygodnie były dla mnie jakimś nieznośnym powrotem do siebie sprzed wielu, wielu lat, kiedy to człowiek reagował irracjonalnie w obliczu towarzyskich zagęszczeń atmosfery. Teraz zaś wracam do siebie w czasie rzeczywistym, stąd cała ta akcja z biurkiem, wywalanie bebechów (biurka) oraz żywienie nadziei. Właśnie, własnie. Mam wrażenie, że żywię nadzieję jakimiś odpadkami, bo mi wcale nie chce róść. Czym żywić nadzieję, żeby nie opadła?

Wróćmy jeszcze na chwilę do biureczka - postęp technologiczny, a więc pojawienie się w mojej zagrodzie laptopa, skutecznie uniemożliwił mi zastosowanie całego asortymentu pisarskich t(r)ików: gryzienia nasadki długopisu, darcia kartek papieru i rzucania nimi (niecelnie) do kosza,  do tego wszystkiego mały metraż mojego pokoju uniemożliwia mi zarzucanie na ramiona płaszcza Konrada. Znaczy, zarzucać nim sobie mogę, ale grozi to zahaczeniem o lampę (i wtedy płaszcz rozdziera się jak na romantyczny łach przystało), albo zrzuceniem z hukiem kolekcji owieczek, które, nie wiedzieć czemu, ciągle dostaję.
Same więc widzą, przeszkód a przeszkód na tej mojej fikcyjnej pisarskiej drodze.
Jakby ktoś nie załapał: chodzi o magisterkę, która, tak, nie bójmy się tego słowa, będzie czystą fikcją, nie poświadczoną merytorycznie żadnymi mądrymi lekturami, bo ich, cholera jasna, w moim temacie nie ma!

O, nie. Antyradio po genialnym (powtarzam: genialnym) koncercie grupy Fishbone, której postanowiłam właśnie zostać dozgonną fanką, zdecydowało się nadać wiązankę moich najbardziej żenujących hitów. Idę do biureczka ratować własną godność. Bo, czym warto zakończyć notkę tę, nadal piszę siedząc na łóżku. Mimo biureczka.


skomentuj (0)



Mały rzecz, a cieszy 2009-05-07 12:08:27


 Ostatnio desperacko potrzebuję w moim życiu jakiś przejawów absurdu, ironii losu, albo chociaż zwykłej złośliwości rzeczy martwych. Może wynika to z faktu, że należę do osób, które od ciętych kwiatów wolą cięte riposty, albo też jest to reakcja na dziwne, odmienne stany świadomości, w jakie wprawiają mnie ostatnie, nazwijmy to, koedukacyjne konfrontacje.

Otóż w skrócie: najchętniej gapiłabym się w okno i egzaltowała tekstami grupy Lipali. Nie jest dobrze.

Żeby jakoś odciążyć zajętą głowę (a powinna być zajęta wyłącznie kwestiami partytury współczesnej, teatru instrumentalnego oraz fraktalnej budowy siatki dialogowej u Schaeffera), pan Darcy prawie codziennie aplikuje sobie bieganko, które, w teorii, ma dostarczyć odpowiedniej dawki dotlenienia mózgu i mięśni, a co za tym idzie – utlenienia krążących po organizmie głupstewek i wydalenia ich jako zbędnych produktów przemiany materii.

Czy cały mechanizm działa, poinformuję mniej więcej za miesiąc, a póki co, los odpowiedział na wezwanie i zaserwował mi scenkę, która wprawiła mnie w szampański (nie: szympański) nastrój i nadal czyma. Otóż biegłam sobie spokojnie moją półgodzinną trasą to zwiększając, to zwalniając tempo, kiedy nagle, w perspektywie, zobaczyłam panią z pieskami. Dwoma. Każdy z piesków był na dwumetrowej smyczy, dzięki czemu mogły sobie bezkolizyjnie obsrywać dwa równoległe trawniki, a naprężona smycz, łącząca panią z pieskiem, skutecznie blokowała ruch pieszy i bieżny. Zanim zdążyłam pomyśleć o tym, że trzeba będzie jakoś to ominąć, a więc opcjonalnie: pobiec trawnikiem i, opcjonalnie, wpaść w kupsko jednego z psów, albo przeskoczyć naprężoną smyczkę jak te murzynki na filmach, które w rytm piosenek skaczą na skakance, ktoś mnie ubiegł. Otóż przede mną pojawił się elegancki i dystyngowany pan w garniturze i z teczuszką, po czym, bez żadnych uprzedzeń, z  gracją przeskoczył przez smycz, co spowodowało, że pies się bardzo przestraszył, a pani zdziwiła. I teraz: cała ta sytuacja, opisywana rozwlekle, z pewnością nie bawi. Ale trzeba było tam biec z mroczkami na oczach i potem zalewającym oczy, widzieć minę pani albo ów podskok krawaciarza, żeby docenić owe sytuacyjki, chaotycznie podrzucane nam przez los akurat w tym momencie, kiedy ich najbardziej potrzebujemy.


Czy ktoś jeszcze pamięta pana Gotyk Mrok Gdzie Moje Czarne Cienie? Spieszę nadmienić, że moja afektacja przeszła mi bezpowrotnie, kiedy, zupełnie niechcący, skonfrontowałam jego piosenkę ze starym przebojem Sweet Noise. Brzmią bliźniaczo, kserobojom dziękujemy, do muzyków nie wzdychamy. Tyle na ten temat.


No, do muzyków nie, ale do muzyki – tak. Teraz przyszła pora na Alter Bridge. Co oznacza, że naprawdę już po mnie.



skomentuj (3)



Fajum fajne jest 2009-04-24 14:06:02


Jestem tak zmęczona (przesilona niezmierzeniem sił na zamiary?), że zamiast cieszyć się na ten przykład bujnym pięknem przyrody otaczającej, albo, na przykład, cieszyć się wygraną w pięknym stylu, wlepiam wzrok w ekran stosunkowo bezmyślnie. Natrafiłam na przykład na bardzo ucieszny komentarz (niewykluczone, że śmieszy tylko mnie - nie pierwszyzna) w prasie elektronicznej "Naukowcy odkryli wspaniałe mumie z Fajum". No i teraz mam zagwozdkę. No bo.
O co chodzi z tą wspaniałością mumii, że co, że są wspaniale wysuszone? Ogromne? Mają wspaniałe braki w uzębieniu? Są wspaniale upiorne? Wspaniale widać im przez nos wnętrze mózgoczaszki?
Może zamiast tak bezsensownie gdybać wystarczyłoby przeczytać po prostu artykuł i nie spędzać czasu na jałowych rozmyślaniach, ale... jestem tak zmęczona (przesilona niezmierzeniem.....)

Chciałabym się zakochać na wiosnę, ale jedyna miłość jaka mi na razie wychodzi, to, ekhm, ciasna, ale własna.


skomentuj (3)



Darujcie, lecz ja truć będę 2009-03-23 22:01:52


Właśnie dostałam zadanie, które, jeśli jakimś cudem wykonam je pomyślnie, powinno mi chyba zapewnić członkostwo w klubie MENSA. Honorowe.

Zastanawiam się, co mnie jeszcze czeka, drogi pamiętniczku, na tej mojej ścieżce - ekhie - kariery. Szachy z Kasparovem? Polemika z Hawkingiem na temat czarnych dziur? A może ten, hobbistycznie rozwiążę kod sobie Enigmy, hm?






skomentuj (0)



Bić albo nie bić, kwestia jest oto taka 2009-03-22 23:24:50


I jak tu spojrzeć prawdzie w oczy, kiedy ta odwraca wzrok?



skomentuj (0)



 

2009
październik
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec